Nasze historie

Pamiętam dzień, w którym zdecydowałam, że pójdę na grupę wsparcia. Znalazłam ją zupełnie przypadkiem na facebooku. Od paru miesięcy byłam pod opieką psychiatry, psychoterapeuty, ale czułam, że czegoś mi brakuje.

Przyszłam piętnaście minut przed czasem. Stałam oddalona o paręnaście metrów od wejścia i nerwowo paliłam papierosa. Obserwowałam, kto wchodzi właśnie przez te drzwi, które ja tego dnia również postanowiłam otworzyć. Targało mną mnóstwo emocji. Strach mieszał się z niepewnością, ale i nadzieją. Zbliżała się godzina 18:00.

„Raz kozie śmierć” – pomyślałam.

Całe spotkanie pamiętam jak przez mgłę – oprócz chwili, w której prowadząca, Jola, patrząc na mnie, zadała pytanie:

– A ty z czym do nas przyszłaś?

Wahałam się, a ona to wyczuła. Uspokoiła mnie, mówiąc, że nie muszę nic mówić, jeśli nie chcę, jeśli nie czuję się na siłach. Zaczęłam od opowieści o tym, jak obserwowałam drzwi jeszcze parę minut temu. A potem, nie zważając na to, że siedzę w gronie zupełnie obcych osób, rozpoczęłam opowieść o swoim życiu. Płakałam – wszystko było dla mnie na tyle świeże, bolesne i jeszcze niedokładnie zbadane. Ale siedząc pośród nich, mówiąc i płacząc jednocześnie, czułam się bezpiecznie. Czułam, że tu nikt mnie nie oceni i nie skrzywdzi. Czułam bliskość z tymi pierwszy raz spotkanymi osobami. Na koniec poczułam ulgę. Wiedziałam, że tu wrócę, że to jest właśnie to, czego mi brakowało. Wiedziałam, że obecność tych ludzi jest mi potrzebna, że chcę tu być, chcę z nimi być.

Po dwóch godzinach wyszłam na ulicę Długą. Była piękna pogoda. Ciepło ogarniało mnie zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Podszedł chłopak, nienachalnie oferując pomoc. Uśmiechnęłam się i podziękowałam. Wiedziałam, że z niej skorzystam.

Czułam spokój, radość, satysfakcję. Czułam się tak dobrze, jak nie pamiętam kiedy. Czułam, że dobrze zrobiłam, ufając własnej intuicji. Czułam się szczęśliwa.

Dziś mija od tego dnia ponad półtora roku. Wracam na Długą, kiedy tylko mogę, kiedy tylko potrzebuję. Czasem by się wygadać, czasem by posłuchać, czasem by może pomóc, czasem z samotności. Nieważne, jaki jest powód – zawsze odnajduję tu to, czego właśnie potrzebuję. To tak, jakby kierowało mną zrządzenie losu. Często aż przeraża mnie, że moment, w którym się tam pojawiłam, nie mógł być bardziej odpowiedni.

Warto było zaryzykować, żeby się o tym przekonać.

– M.Z.

———————————————————————–

Prawdą jest, że osoby depresyjne cierpią często nie tylko z powodu swojej depresji, ale także przez ludzi „normalnych”, którzy przez swoje „dobre rady” mogą sprawić, że depresja będzie naprawdę nie do zniesienia.

– Manfred Lütz, psychiatra

Nie mów do mnie, że…

Termin „depresja” nie jest nikomu obcy, ale reakcje, z którymi się spotkałam, świadczą ewidentnie o tym, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, z jaką chorobą przyszło mi się zmierzyć. Tak – z chorobą. Mam świadomość, że nie mogę od każdego wymagać wiedzy na jej temat. Jednak to właśnie brak zrozumienia powoduje, że wiele osób z depresją – w tym ja – ukrywa na tyle, na ile może, swój stan. Wstydzimy się, choć nie powinniśmy. Ukrywamy chorobę, choć pomoc bliskich mogłaby nam bardzo pomóc. Milczymy, bo sami często nie wiemy, dlaczego chorujemy. Cierpimy w samotności.

Byłam zła na swoich bliskich, znajomych, ale już nie jestem. Nie wiedzieli, co się ze mną dzieje i jak mogą mi pomóc. Mieli najszczersze chęci, dobre intencje i wiarę, że robią słusznie, że pomagają. Bardzo się mylili, ale jak mogę być na nich zła, skoro ich zachowanie wynikało z niewiedzy?

Z czasem nauczyłam się, że jeśli nie będę mówić o chorobie, jeśli nie będę tłumaczyć, ich zachowanie się nie zmieni.

Mówię: „Mam depresję”.

Słyszę: „Co ty sobie wymyśliłaś?”.

Tak ciężko było mi to wyznać, tak się bałam, zaufałam ci – a ty sugerujesz, że to sobie uroiłam, że mój problem nie jest prawdziwy. Czuję, że mi nie wierzysz, że nie interesuje cię to, co mówię. Przykro mi, że nie liczysz się z moimi uczuciami.

Słyszę: „Też tak miałem. Samo przeszło, cierpliwości”, „Wiem, co czujesz. Mam depresję co parę dni”.

Jeśli tak mówisz, to – nie umniejszając twoich problemów – nie miałeś depresji. Jeśli kiedykolwiek byłbyś chory lub miał bliski kontakt z osobą chorą, nie mówiłbyś tak. Zdawałbyś sobie sprawę, że to mi nie pomoże, a tylko pogłębi moje poczucie niezrozumienia.

Niestety to samo nie przejdzie. To nie chwilowy smutek czy chandra. To choroba, bardzo trudna i podstępna. Nie wystarczy, że zaświeci słońce, żebym znów zapragnęła żyć.

Słyszę: „Ogarnij się. Wyjdź z domu. Pobiegaj. Spotkaj się z kimś”.

Powoli! W tym momencie leżę zwinięta w kłębek w łóżku i otacza mnie poczucie beznadziei. Nie wiem, dlaczego nic mnie nie cieszy, nic mi się nie chce. Mogę tylko spać albo płakać. Zanim zdam sobie sprawę, dlaczego tak się dzieje, minie trochę czasu – nie godzina, nie dzień, a miesiące. Będę potrzebować pomocy. Może się okazać, że do poukładania mam całe życie.

Wiem, aktywność fizyczna jest jak najbardziej wskazana, ale teraz nie mam na nią nie tylko ochoty, ale i siły. Nie jestem leniwa, to nie tak. Spróbuj sobie wyobrazić, że właśnie mam grypę: wszystko mnie boli, jestem bardzo słaba, ciągle śpię, a wyprawa do łazienki czy zjedzenie posiłku wymaga nadludzkiej siły. Choroba osłabia mój organizm.

Choć myślisz, że depresja „zajmuje” tylko głowę, mylisz się. Daje też objawy somatyczne.

Sama myśl o spotkaniu ze znajomymi jest dla mnie męcząca. Nie mam ochoty tłumaczyć, dlaczego jestem smutna, dlaczego brak mi ochoty na cokolwiek. Może jestem na etapie, w którym sama nie wiem, dlaczego się tak dzieje. Choć kiedyś obecność innych sprawiała mi radość, teraz tak nie będzie. Teraz nie chcę nikogo widzieć. Nie chcę, by ktokolwiek widział mnie w takim stanie.

Słyszę: „Inni mają gorzej”.

Każdy ma problemy – nie zamierzam się licytować. Dla ciebie moje problemy mogą być błahe, tak samo dla mnie – twoje. Nie odbieram ci jednak prawa, byś czuł się w związku z nimi źle.

Nie mów mi, że dzieci w Etiopii cierpią, zdaję sobie z tego sprawę – i z innych strasznych rzeczy, które dzieją się na świecie czy za ścianą u sąsiadów. Niestety sama myśl o cudzym cierpieniu nie pomoże mi, nie przekona, że powinnam czuć się szczęśliwa. Wręcz przeciwnie – doprowadzi do tego, że zacznę mieć poczucie winy. Negatywne myśli pogłębią się, bo skoro według ciebie powinnam czuć się dobrze, a tak nie jest, to ewidentnie coś jest ze mną nie tak.

Słyszę: „Spróbuj nie być taka smutna. Uśmiechnij się”.

Niestety nie rozumiesz, że ja nie panuję nad tym „smutkiem”. Nic się nie zmieni, dopóki nie zacznę się leczyć, brać leki czy chodzić na psychoterapię. Nie powinnam udawać, że wszystko jest dobrze, gdy nie jest. To w niczym nie pomoże. Skoro ci o tym mówię, oznacza to, że nie chcę już udawać, nie chcę zakładać maski. Nie będę fałszować uczuć, bo chcę stawić im czoło.

Słyszę: „Chyba masz za dużo czasu! Ja nie mogłabym sobie na to pozwolić”.

Nie planowałam tego. Uwierz mi, nie jestem masochistką. Nie postanowiłam, że od dziś będę chora, bo „mogę sobie na to pozwolić”. Żaden czas nie jest na to odpowiedni. Wolałabym nigdy nie zachorować, ale stało się – muszę się z tym pogodzić.

Przez długi czas udawało mi się spychać chorobę na dalszy plan. Łudzić się, że sama przejdzie. Oszukiwać samą siebie, że jest dobrze. Tylko że wtedy ona uderzyła ze zdwojoną siłą i nie byłam już w stanie stawić jej czoła. Pozwoliłam sobie na przerwę. Pozwoliłam sobie na odpoczynek. Ale to nie urlop wakacyjny, to chorobowe, które chcę wykorzystać jak najlepiej, żeby wyzdrowieć. To ciężka praca.

Słyszę: „Ale przecież masz pracę, rodzinę, wszystko, co potrzebne do szczęścia”.

Rozumiem, że trudno ci to pojąć. Może w twoim odczuciu to wszystko, czego potrzeba człowiekowi do szczęścia. Czasem to jednak tylko pozory. Nigdy nie wiesz, co się mogło wydarzyć w moim życiu wcześniej lub teraz. Nie możesz być pewien, że tak dobrze mnie znasz, że wiesz o mnie wszystko.

Depresja może dopaść każdego. Nie wybrzydza. Nie liczy się dla niej wiek, płeć, wykształcenie, zawód czy status społeczny.

– M.Z.